arbuz-bez-dna blog

Twój nowy blog

zasiało, zalało.
obrodziło.

obroniło!

choć uprawa liter ozdobnych jest zadaniem dość frapującym, przyspieszony kurs ogrodnictwa szklarniowego bynajmniej nie odpowiada motoryce moich styków i dłoni –
palce skrzyły, synapsy krzyczały.

w przyszłości chętnie zajmę się więc hodowlą draceny – na rozkwit potrzebuje okołu dwudziestu lat.
[póki co, mam trzy listki do nazwiska.]

bez konewki.

Brak komentarzy

zaczynam sezon ogórkowy.
zrywam literki.
są niedojrzałe jeszcze, twarde, małe, bez miąższu.
zieleń żółtodziobowa błyszczy im ze skórki.

mój instynkt botaniczny, słusznie lekceważony w świecie flory, każe mi zaczynać ponowny siew.
jest koniec października! każdy wrzos, każda dynia i cukinia by mnie wyśmiały za mój refleks ogrodnika, szachisty hobbysty.

mój promotor na to nie grzmi.
wyrzuca delikatnie pierwszy rozdział. przesadza dwa kolejne.
o cytat za daleko, o cudzysłów za blisko, dwie metonimie do przodu.

aktualnie więc sezon ogórkowy/ sezon na kolce bez róż/ sezon na twarde literki.

pestki.

4 komentarzy

„Wann haben Sie sterben?”
hm.
przyznaję, że na magicznej szarej belce uwagę przyciąga bardziej niepełnosprawne automatyczne tłumaczenie, niż przepowiednia śmierci.

jestem aktualnie obok klawiatury, dziś nieco się o nią potknęłam.
pogoda, okrutna pogoda każe o niej coraz częściej zapominać.

 kroję plastry ananasowe, wybieram pestki w arbuzie, miksuję maliny ze śmietaną.
gdzieś tam, w łupinach melonów zaplątują się literki, a na końcu znajduję zawsze esc.

wracam i wypluwam pestkę dojrzałej czereśni.
trafiam w ekran laptopa, w reklamę, w portale.pl i spam.
a potem wychodzę i nie wracam.

tralala.

2 komentarzy

weekend zmroził nas latem.

wybiegłam z chłopcami szukać wiosny. gdyby nie okoliczność nazwy miesiąca wzięto by mnie za schizofreniczkę w fazie zaawansowanej plus. z dwoma przyczłapami.
[dżinsy (tak, długie), trampki (do kostki), bluza na zamek i wiosenna (o zgrozo!) kurtka. dwójka przyczłapów - wersja podobna hard.]

w buźki dostaliśmy za karę obliczalnym 21 i pół C.

czapki z głów na głowy, kremy na twarz.
marsz
do piaskownic przydrożnych.
tralala?

serwer w postaci Pani K. namierzył nas w drodze powrotnej, umorusanych ziemią i ciepłym powietrzem.
na progu złożyłam moją nawigację optyczną skierowną na męską dwójkę.
- uff, wolność? – zapytała z wyrozumiałością Pani K. kierując wzrok na swe nadpobudliwe potomstwo.
- wyboru? bo tą na pewno ma w tym roku wiosna.- takie polaków gadanie o pogodzie.

ps. nie narzekam!

staję przy ławce, w której siedzi gość dzisiejszego spotkania. starszy pan podnosi się, podaję mu ramię i prowadzę Karla Dedeciusa do miejsca, gdzie wygłosi swoją mowę.
wrzawa, brawa.
starszy pan powłóczy pantoflami po śliskiej posadzce.
wchodzimy do jednej z kaplic Santa Maria Maggiore, gdzie siedzi gremium.
oddalamy się od publiczności pozostałej w nawie.
nawa krzyczy, kaplica milczy skupieniem.

krążę między zapleczem, gdzie brakuje ciasteczek powitalnych, a miejscem w ławce przy szefowej.
szefowa poprawia wzrokiem mój chaotyczny strój.
Karl człapie.
czekamy.
Karl człapie.

9:52.
niedziela, wiosna za oknem.
uff.

/hiacynt.
od wczoraj istnieje wyłącznie jako szczypior. fioletowa głowa, z pokrytymi cellulitem płatkami, wykonała ukłon czołem o ziemię.
krótki był to spektakl jednego aktora.
wonna głowa odcięta, a szczypior nadal głaszcze blat regału, podśpiewując ukradkiem kilka sweetkich nutek./

nie posiadam dzieci, nie mam kota, psa, kanarka, ani myszki miki.
powyższa nić skojarzeniowa pojawiła się we mnie niczym przeziębienie w sierpniu – nagle i bez związku. niejaki wpływ na powyższą mogły mieć dwie istoty siedzące, dość ruchomo, po obydwu moich stronach, przerzucające nad moimi kolanami gumowe dinozaury.
pewną okolicznością sprzyjającą było również umieszczenie mnie w samochodzie Pani K. na trasie ‚do marketu budowlanego tędy’.

potrzebuję jakiejś rośliny! – zagrzmiały moje myśli.

(mój zmysł botaniczny i niechęć do dysput na tematy okołorozsadowo-cebulkowe nie pozwalały mi na dokonania tak drastycznych zmian w moim życiu. rośliny obecne były u mnie jedynie w wersji martwej, ciętej lub suszonej. przede wszystkim ze względu na bezpieczeńswto. ich.)

jest market. są dzieci i Pani K. zajętę w dziale zwierzęta.
jest dział rośliny.
jeśli nie poród, to adopcja.
biorę cię, hiacyncie przypadkowy. nie obiecuję wody, ale gwarantuję doniczkę.

pani kasjerka oferuje przeciwmroźną osłonkę.
moje au-pair-ego pąsowieje.
(o rękawiczkach dla chłopców przecież nie zapominam!)

hiacynt młodzieniec, zamknięty w plecakowych czeluściach.
chroniony przed ciekawskimi dłońmi małych chłopców.
przechodzi z plecaka do rąk niedoświadczonej. (poradników, książeczek, dobrych rad cioć wszelakich – brak)
moszczę ci na półce doniczkowe gniazdo.

po trzech dniach mam wrażenie, że nawet koty i myszoskoczki nie są tak mobilne jak mój chlorofil w doniczce w kwiecie wieku. nie chcę widzieć tego inaczej niż adhd. to tylko potrzeba ruchu. niewielka nadaktywność ruchowa, a nie żadne próby szukania ratunku na zewnątrz.
choć czynność, przy jakiej go przyłapuję, nie pozostawia mi strzępów nadziei na mój instynkt botaniczny.

ucieczka, w skrajnym wypadku próba samobójcza:

darmowy hosting obrazków stop!

od schyłku dnia wymagam jedynie porcji cukru, zaserwowanej w przystępnej formie z filiżanką earl grey.
[po sześciu godzinach etatu jako Indianka forma przestaje odgrywać kluczowe znaczenie, przyznaję. wtedy złamane transportem ciastka, batoniki-nie-tej-marki, czy nielubiana_czekolada* są towarem równie pożądanym.]

/*czekolada ma jednak najtrudniej. może pozazdrościć produktom mącznym, które taśmowo przechodzą przez testy. czekolada musi spełniać surowe normy ISO, by być dopuszczoną do wieczornego obiegu spożywczego./

cukry w wersji finezyjnej przeplatane teiną zmieniają mój status na „niedostępny”. kolokwium, szczyt g8, pranie i ewa kopacz czekają posłusznie w kolejce. a ja okraszam ich nudne czekanie siorbaniem w ponadprzepisowej liczbie decybeli. a siorbię z premedytacją, dziko i prosto w uszy.

- hej! przepraszam, że tak późno… – jest dwudziesta pierwsza z ciężkimi minutami – mam nadzieję, że jeszcze nie śpisz..

[nie śpię. siorbię.]

- nie, jasne, że nie. dopiero przed dziesiątą – wydobywam z siebie ostatnie wieczorne pokłady empatii dla matki dwójki dzieci. [podświadomie jednak siorb, mlask, siorb! wersja doppel plus.]

- wiesz, mam taką sprawę.. – Pani K. wystarcza raptem jedenaście minut, by streścić tło przynowo-skutkowe jej telefonu. – i wiesz.. wyobraź sobie, że mój mąż musi.. dlatego Jaś.. – [nie ustaję w mentalnych mlaskach] – czy mogłabyś dlatego być u nas jutro już o siódmej? mam na myśli rano.

herbata wystygła.
czy siorb posiada sens?

dzień nie powitał nas zmokłym szczurem w szklance, czy też owiniętym wokół łyżeczki latawcem, (alternatywnie sączkiem).
poranek siknął mi dziarsko na koszulkę stuprocentowym sokiem z pomarańczy.
Babcia K. [obowiązkowe buty ecco] zadbała ponadto o świeże bułki, bio-marmoladę, czekoladę o obniżonym poziomie cukru i talerz z jabłecznymi ćwiartkami.

- dla moich wnuków tylko to, co najlepsze – mlasnęła znad swojego müsli Babcia K.
w kraju wschodniosąsiednim takie okoliczności śniadania kwalifikowałyby się na sąd rodzinny.

[kanapek na mającą się zaraz odbyć podróż - 850 km, kilka autostrad, trzy kraje, dwoje dzieci - brak. bez łez, bez schlochu, bez buziaków. jest za to pięć litrów płynów i są uściski. przy tych łagodzących okolicznościach jest to wyrok w zawieszeniu.]

jedziemy. tym razem walizka piętrzy się w bagażniku, a ja na tylnym siedzeniu.
rozdzielona między dwoma fotelikami jestem podpórką dla głowy Jasia, szafką nocną dla Jakuba, kubłem na odpady organiczne i biblioteką, dział dziecięcy. mieszczę się w standardach au-pair. na trasie Erlangen-Fürth – automatem do napojów bezalkoholowych.

z przodu – klasyczny podział ról – „wolę, gdy ty prowadzisz. szczególnie, że ja w Nowy Rok piłam alkohol”.
[biorąc pod uwagę dobowy odstęp czasowy od tego wydarzenia i ilość spożytych w między czasie jednostek pokarmu, wypowiedź ta powinna zostać potraktowana jako mężne wyznanie gorliwego kierowcy.]

jedziemy. przerwy na siku przestałam liczyć przed granicą czeską. [-a nie robiłeś przed chwilką?ale teraz muuuuu-szęęęę.] przebiegły szantaż Jasia „no to muszę zrobić na twoje siedzenie” w wykonaniu ojcojęzycznym sprzężony był za każdym razem z pedałem hamulca i nogą Pana K. zwiedzamy tym sposobem wszelkie zajazdy, porównujemy klasy toalet, wyczekując w nich w nadziei na dwie krople Jasia.

mój docelowy pociąg, wypełniony masą jak konserwa, rozpędzony jak koń w umizgach i zsynchronizowany niczym mikołajki w Wielkanoc wspominam z nieskrywanym sentymentem.

penne rigate + pesto.
brzmi dumnie, a trwa 12 minut.
jedna z niewielu potraw o ładnej nazwie, którą dłużej się je, niż przyrządza.
jedno z niewielu włoskim słów, które łączę [chyba jedynie trasą przez Alpy] z Niemcami.

przebywanie w strefie euro, choćby krótkie, gościnne ma wiele zalet. jedną z nich jest dostępność produktów importowanych w cenach podawanych w centach.
dobra spożywcze, które pozornie na stałe wryły się już w krajobraz polskich marketów różnej maści i wielkości, pogwałciłyby swoimi zachodnimi cenami wszelkie prawa rynku nad Wisłą. nie uwierzę bowiem w to, że zesłanie pomarańczy do Polski w okresie przedświątecznym jest dwa razy trudniejsze, cięższe i droższe niż do jej zachodniego sąsiada.

Pani K. nerwowo przegląda listę zapasów, które należy poczynić w kraju związkowym. przemierzamy kolejną supermarketową alejkę.
- co jeszcze? – pyta siebie, świdrując mnie wzrokiem.
- prasa? płyty? – pierwsze skojarzenia.
- mam, mam – Pani K. mruczy pod nosem – hmmm..
wkraczamy w niebezpieczną strefę słodyczy. taka akcja jest możliwa jedynie bez obecności chłopców. zauważam przeceniony Spekulatius – korzenny odświeżacz przedświąteczny, niemiecki kiszony ogórek, którym zagryza się grzane wino. dla tubylców, z niezrozumiałych dla mnie przyczyn, hit jedynie przedświąteczny.
- Spekulatius? – Pani K. konfrontuje potrzeby realne z zachciankami.
obydwie znamy odpowiedź.


  • RSS