listki w liczbie trzy.

zasiało, zalało.
obrodziło.

obroniło!



choć uprawa liter ozdobnych jest zadaniem dość frapującym, przyspieszony kurs ogrodnictwa szklarniowego bynajmniej nie odpowiada motoryce moich styków i dłoni -
palce skrzyły, synapsy krzyczały.

w przyszłości chętnie zajmę się więc hodowlą draceny - na rozkwit potrzebuje okołu dwudziestu lat.
[póki co, mam trzy listki do nazwiska.]






arbuz-bez-dna 2010-01-14 21:30:20 skomentuj (3)
bez konewki.

zaczynam sezon ogórkowy.
zrywam literki.
są niedojrzałe jeszcze, twarde, małe, bez miąższu.
zieleń żółtodziobowa błyszczy im ze skórki.

mój instynkt botaniczny, słusznie lekceważony w świecie flory, każe mi zaczynać ponowny siew.
jest koniec października! każdy wrzos, każda dynia i cukinia by mnie wyśmiały za mój refleks ogrodnika, szachisty hobbysty.

mój promotor na to nie grzmi.
wyrzuca delikatnie pierwszy rozdział. przesadza dwa kolejne.
o cytat za daleko, o cudzysłów za blisko, dwie metonimie do przodu.


aktualnie więc sezon ogórkowy/ sezon na kolce bez róż/ sezon na twarde literki.








arbuz-bez-dna 2009-10-26 22:41:59 skomentuj (0)
pestki.

"Wann haben Sie sterben?"
hm.
przyznaję, że na magicznej szarej belce uwagę przyciąga bardziej niepełnosprawne automatyczne tłumaczenie, niż przepowiednia śmierci.


jestem aktualnie obok klawiatury, dziś nieco się o nią potknęłam.
pogoda, okrutna pogoda każe o niej coraz częściej zapominać.

 kroję plastry ananasowe, wybieram pestki w arbuzie, miksuję maliny ze śmietaną.
gdzieś tam, w łupinach melonów zaplątują się literki, a na końcu znajduję zawsze esc.

wracam i wypluwam pestkę dojrzałej czereśni.
trafiam w ekran laptopa, w reklamę, w portale.pl i spam.
a potem wychodzę i nie wracam.






arbuz-bez-dna 2009-07-15 21:28:40 skomentuj (4)
tralala.
weekend zmroził nas latem.

wybiegłam z chłopcami szukać wiosny. gdyby nie okoliczność nazwy miesiąca wzięto by mnie za schizofreniczkę w fazie zaawansowanej plus. z dwoma przyczłapami.
[dżinsy (tak, długie), trampki (do kostki), bluza na zamek i wiosenna (o zgrozo!) kurtka. dwójka przyczłapów - wersja podobna hard.]

w buźki dostaliśmy za karę obliczalnym 21 i pół C.

czapki z głów na głowy, kremy na twarz.
marsz
do piaskownic przydrożnych.
tralala?

serwer w postaci Pani K. namierzył nas w drodze powrotnej, umorusanych ziemią i ciepłym powietrzem.
na progu złożyłam moją nawigację optyczną skierowną na męską dwójkę.
- uff, wolność? - zapytała z wyrozumiałością Pani K. kierując wzrok na swe nadpobudliwe potomstwo.
- wyboru? bo tą na pewno ma w tym roku wiosna.- takie polaków gadanie o pogodzie.

ps. nie narzekam!






arbuz-bez-dna 2009-04-21 22:40:39 skomentuj (2)
pantofle w kratkę.

staję przy ławce, w której siedzi gość dzisiejszego spotkania. starszy pan podnosi się, podaję mu ramię i prowadzę Karla Dedeciusa do miejsca, gdzie wygłosi swoją mowę.
wrzawa, brawa.
starszy pan powłóczy pantoflami po śliskiej posadzce.
wchodzimy do jednej z kaplic Santa Maria Maggiore, gdzie siedzi gremium.
oddalamy się od publiczności pozostałej w nawie.
nawa krzyczy, kaplica milczy skupieniem.

krążę między zapleczem, gdzie brakuje ciasteczek powitalnych, a miejscem w ławce przy szefowej.
szefowa poprawia wzrokiem mój chaotyczny strój.
Karl człapie.
czekamy.
Karl człapie.



9:52.
niedziela, wiosna za oknem.
uff.





arbuz-bez-dna 2009-03-08 13:47:16 skomentuj (8)
nowalijka.


/hiacynt.
od wczoraj istnieje wyłącznie jako szczypior. fioletowa głowa, z pokrytymi cellulitem płatkami, wykonała ukłon czołem o ziemię.
krótki był to spektakl jednego aktora.
wonna głowa odcięta, a szczypior nadal głaszcze blat regału, podśpiewując ukradkiem kilka sweetkich nutek./







arbuz-bez-dna 2009-03-01 22:18:35 skomentuj (10)
gniazdo.

nie posiadam dzieci, nie mam kota, psa, kanarka, ani myszki miki.
powyższa nić skojarzeniowa pojawiła się we mnie niczym przeziębienie w sierpniu - nagle i bez związku. niejaki wpływ na powyższą mogły mieć dwie istoty siedzące, dość ruchomo, po obydwu moich stronach, przerzucające nad moimi kolanami gumowe dinozaury.
pewną okolicznością sprzyjającą było również umieszczenie mnie w samochodzie Pani K. na trasie 'do marketu budowlanego tędy'.

potrzebuję jakiejś rośliny! - zagrzmiały moje myśli.

(mój zmysł botaniczny i niechęć do dysput na tematy okołorozsadowo-cebulkowe nie pozwalały mi na dokonania tak drastycznych zmian w moim życiu. rośliny obecne były u mnie jedynie w wersji martwej, ciętej lub suszonej. przede wszystkim ze względu na bezpieczeńswto. ich.)

jest market. są dzieci i Pani K. zajętę w dziale zwierzęta.
jest dział rośliny.
jeśli nie poród, to adopcja.
biorę cię, hiacyncie przypadkowy. nie obiecuję wody, ale gwarantuję doniczkę.

pani kasjerka oferuje przeciwmroźną osłonkę.
moje au-pair-ego pąsowieje.
(o rękawiczkach dla chłopców przecież nie zapominam!)

hiacynt młodzieniec, zamknięty w plecakowych czeluściach.
chroniony przed ciekawskimi dłońmi małych chłopców.
przechodzi z plecaka do rąk niedoświadczonej. (poradników, książeczek, dobrych rad cioć wszelakich - brak)
moszczę ci na półce doniczkowe gniazdo.


po trzech dniach mam wrażenie, że nawet koty i myszoskoczki nie są tak mobilne jak mój chlorofil w doniczce w kwiecie wieku. nie chcę widzieć tego inaczej niż adhd. to tylko potrzeba ruchu. niewielka nadaktywność ruchowa, a nie żadne próby szukania ratunku na zewnątrz.
choć czynność, przy jakiej go przyłapuję, nie pozostawia mi strzępów nadziei na mój instynkt botaniczny.

ucieczka, w skrajnym wypadku próba samobójcza:

darmowy hosting obrazków stop!







arbuz-bez-dna 2009-03-01 02:09:39 skomentuj (4)
earl brain.

od schyłku dnia wymagam jedynie porcji cukru, zaserwowanej w przystępnej formie z filiżanką earl grey.
[po sześciu godzinach etatu jako Indianka forma przestaje odgrywać kluczowe znaczenie, przyznaję. wtedy złamane transportem ciastka, batoniki-nie-tej-marki, czy nielubiana_czekolada* są towarem równie pożądanym.]

/*czekolada ma jednak najtrudniej. może pozazdrościć produktom mącznym, które taśmowo przechodzą przez testy. czekolada musi spełniać surowe normy ISO, by być dopuszczoną do wieczornego obiegu spożywczego./

cukry w wersji finezyjnej przeplatane teiną zmieniają mój status na "niedostępny". kolokwium, szczyt g8, pranie i ewa kopacz czekają posłusznie w kolejce. a ja okraszam ich nudne czekanie siorbaniem w ponadprzepisowej liczbie decybeli. a siorbię z premedytacją, dziko i prosto w uszy.



- hej! przepraszam, że tak późno... - jest dwudziesta pierwsza z ciężkimi minutami - mam nadzieję, że jeszcze nie śpisz..

[nie śpię. siorbię.]

- nie, jasne, że nie. dopiero przed dziesiątą - wydobywam z siebie ostatnie wieczorne pokłady empatii dla matki dwójki dzieci. [podświadomie jednak siorb, mlask, siorb! wersja doppel plus.]

- wiesz, mam taką sprawę.. - Pani K. wystarcza raptem jedenaście minut, by streścić tło przynowo-skutkowe jej telefonu. - i wiesz.. wyobraź sobie, że mój mąż musi.. dlatego Jaś.. - [nie ustaję w mentalnych mlaskach] - czy mogłabyś dlatego być u nas jutro już o siódmej? mam na myśli rano.

herbata wystygła.
czy siorb posiada sens?



arbuz-bez-dna 2009-02-10 23:38:23 skomentuj (3)
galopem z powrotem.


dzień nie powitał nas zmokłym szczurem w szklance, czy też owiniętym wokół łyżeczki latawcem, (alternatywnie sączkiem).
poranek siknął mi dziarsko na koszulkę stuprocentowym sokiem z pomarańczy.
Babcia K. [obowiązkowe buty ecco] zadbała ponadto o świeże bułki, bio-marmoladę, czekoladę o obniżonym poziomie cukru i talerz z jabłecznymi ćwiartkami.

- dla moich wnuków tylko to, co najlepsze - mlasnęła znad swojego müsli Babcia K.
w kraju wschodniosąsiednim takie okoliczności śniadania kwalifikowałyby się na sąd rodzinny.

[kanapek na mającą się zaraz odbyć podróż - 850 km, kilka autostrad, trzy kraje, dwoje dzieci - brak. bez łez, bez schlochu, bez buziaków. jest za to pięć litrów płynów i są uściski. przy tych łagodzących okolicznościach jest to wyrok w zawieszeniu.]




jedziemy. tym razem walizka piętrzy się w bagażniku, a ja na tylnym siedzeniu.
rozdzielona między dwoma fotelikami jestem podpórką dla głowy Jasia, szafką nocną dla Jakuba, kubłem na odpady organiczne i biblioteką, dział dziecięcy. mieszczę się w standardach au-pair. na trasie Erlangen-Fürth - automatem do napojów bezalkoholowych.

z przodu - klasyczny podział ról - "wolę, gdy ty prowadzisz. szczególnie, że ja w Nowy Rok piłam alkohol".
[biorąc pod uwagę dobowy odstęp czasowy od tego wydarzenia i ilość spożytych w między czasie jednostek pokarmu, wypowiedź ta powinna zostać potraktowana jako mężne wyznanie gorliwego kierowcy.]




jedziemy. przerwy na siku przestałam liczyć przed granicą czeską. [-a nie robiłeś przed chwilką? - ale teraz muuuuu-szęęęę.] przebiegły szantaż Jasia "no to muszę zrobić na twoje siedzenie" w wykonaniu ojcojęzycznym sprzężony był za każdym razem z pedałem hamulca i nogą Pana K. zwiedzamy tym sposobem wszelkie zajazdy, porównujemy klasy toalet, wyczekując w nich w nadziei na dwie krople Jasia.



mój docelowy pociąg, wypełniony masą jak konserwa, rozpędzony jak koń w umizgach i zsynchronizowany niczym mikołajki w Wielkanoc wspominam z nieskrywanym sentymentem.










arbuz-bez-dna 2009-01-21 19:08:23 skomentuj (10)
poprzedświątecznie.

penne rigate + pesto.
brzmi dumnie, a trwa 12 minut.
jedna z niewielu potraw o ładnej nazwie, którą dłużej się je, niż przyrządza.
jedno z niewielu włoskim słów, które łączę [chyba jedynie trasą przez Alpy] z Niemcami.


przebywanie w strefie euro, choćby krótkie, gościnne ma wiele zalet. jedną z nich jest dostępność produktów importowanych w cenach podawanych w centach.
dobra spożywcze, które pozornie na stałe wryły się już w krajobraz polskich marketów różnej maści i wielkości, pogwałciłyby swoimi zachodnimi cenami wszelkie prawa rynku nad Wisłą. nie uwierzę bowiem w to, że zesłanie pomarańczy do Polski w okresie przedświątecznym jest dwa razy trudniejsze, cięższe i droższe niż do jej zachodniego sąsiada.



Pani K. nerwowo przegląda listę zapasów, które należy poczynić w kraju związkowym. przemierzamy kolejną supermarketową alejkę.
- co jeszcze? - pyta siebie, świdrując mnie wzrokiem.
- prasa? płyty? - pierwsze skojarzenia.
- mam, mam - Pani K. mruczy pod nosem - hmmm..
wkraczamy w niebezpieczną strefę słodyczy. taka akcja jest możliwa jedynie bez obecności chłopców. zauważam przeceniony Spekulatius - korzenny odświeżacz przedświąteczny, niemiecki kiszony ogórek, którym zagryza się grzane wino. dla tubylców, z niezrozumiałych dla mnie przyczyn, hit jedynie przedświąteczny.
- Spekulatius? - Pani K. konfrontuje potrzeby realne z zachciankami.
obydwie znamy odpowiedź.





arbuz-bez-dna 2009-01-09 20:18:06 skomentuj (8)


księga gości

to tu

archiwum

2010
styczeń
2009
październik
lipiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
luty



podglądane
malegria
jasna Aniela

używane
zwroty ger
synonimy ger
słownik pol-ger-pol